Minął już jakiś czas od śmierci Pani L. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że odeszła. Zaskoczyło to nas wszystkich, bo Pani L. była chorą chodzącą, w pełni świadomą, pogodną, samodzielną, jeśli chodzi o toaletę (była potrzebna tylko asekuracja pod prysznicem), nieźle wyglądającą i nic nie wskazywało, że tak szybko się pożegnamy…
Nie lubiła bezczynności, więc często pomagała w wykonywaniu prac plastycznych. Wycinała, sklejała, zszywała różne ozdoby, a w mojej pamięci zostały wykonywane przez panią L. naprawdę piękne gile zdobiące później okna. Lubiła dobrą książkę i muzykę. Kilkakrotnie uczestniczyła w koncertach Podniebnych Cudów. Była w tym zakresie dość wymagająca, więc jej uśmiech i zadowolenie dawało nam prawdziwą satysfakcję.
Problem, który jej czasami dokuczał, to trudności w oddychaniu. I dlatego pracowała w swoim pokoju, nie schodziła na dół do świetlicy ZOL-u – pracowni plastycznej, bo w swojej sali miała pod ręką tlen. Bywało, ze donosiłam pani L. z parteru nożyczki, igły, nici. Ale nikomu nie wydawało się, że problem z oddychaniem był bardzo poważny. Pani L. pewnie najlepiej zdawała sobie z tego sprawę, czuła, ze zbliża się rozstanie z ziemskim życiem. Podobno kilka dni przed odejściem mówiła, że boi się długotrwałej agonii. Okazało się, że niepotrzebnie się bała. Odeszła niespodziewanie, a jej puste łóżko było wielkim i przykrym dla nas wszystkich zaskoczeniem.
Podobno w tych ostatnich chwilach był przy pani L. jej syn. To dla niej na pewno było bardzo ważne, dla niego jednak zapewne bardzo trudne. Serdeczne wyrazy współczucia.
Wolontariuszka J.
