Sobota, 14 lutego 2026: uczestniczyłam w ostatniej ziemskiej drodze pani D. To były „Walentynki”, więc myślę, ze zdążyła na spotkanie z mężem. W rozmowach ze mną bardzo czule go wspominała.
Odeszła rano w środę, 11 lutego w Dzień Chorych – wtedy Pan Bóg zakończył jej chorobę.
Pani D. była w naszym hospicjum kilka miesięcy. Na początku, troszkę jak przysłowiowe dziecko we mgle, nie rozumiała, w jakiej jest sytuacji i nie zdawała sobie sprawy ze swojego stanu zdrowia. Często powtarzała „tak bym chciała, żeby wszystko było dobrze”. I mobilizowała się, namawiana przez rehabilitanta, do chodzenia, z jego pomocą oczywiście. Długo miała świetny apetyt, czytała kolorową prasę, dużo czasu spędziłyśmy na sympatycznych rozmowach. Bywała na Podniebnych Cudach, zawsze wtedy zadowolona. Od pierwszego dnia jej pobytu w hospicjum polubiłyśmy się bardzo. Może też dlatego, ze jej córka była moją imienniczką?
Z czasem dało się zauważyć, że pani D. z dnia na dzień słabnie. Mówiła wtedy „jaka ja jestem biedna”. No cóż, rzeczywiście była. Ale zawsze była spokojna, nigdy nie sprawiała nikomu kłopotów. Powoli, ale systematycznie gasła. I przyszedł czas jej odejścia właśnie w Dzień Chorych, chociaż już dwa dni wcześniej myślałam, że nadeszła właśnie ta smutna pora. Kolejny raz nauczka, ze nie jesteśmy w stanie ocenić, kiedy nasz bliski wyda „ostatnie tchnienie”.
Moja droga Pani .D., stała się Pani kolejną bliską mi bardzo osobą i na zawsze taką Pani pozostanie. Niech Pani świeci Światłość Wiekuista.
Wolontariuszka J.
